Netflix zakochał się w drukarkach 3D

6

W ciągu ostatnich 5 dni Netflix wypuścił na swoją platformę dwa blockbustery z gatunku Sci-Fi: 10-odcinkowy serial „Altered Carbon” będący najdroższym projektem w historii firmy oraz „Cloverfield Paradox” – trzeci film z serii opisującej zdominowane przez gigantyczne potwory uniwersum Cloverfield. Obydwie produkcje spotkały się z bardzo zróżnicowanymi recenzjami i opiniami – ja po ich obejrzeniu jak zwykle zwróciłem uwagę na coś, co większość osób całkowicie pominęła… drukarki 3D!!!

Altered Carbon” to serial oparty o cyberpunkową powieść Richarda K. Morgana, którego akcja rozgrywa się w bardzo odległej przyszłości. Dzięki możliwości zapisu ludzkiej osobowości na wymiennych dyskach wszczepianych w kark, ludzie otrzymali nieśmiertelność, mogąc przenosić się teoretycznie w nieskończoność z ciała do ciała (które zyskało miano „powłoki” i jest traktowane niczym ubranie). Rozwiązanie to pozwoliło także na bardzo szybką i oryginalną podróż międzyplanetarną czy międzygalaktyczną – zamiast fizycznego przemierzania miliardów kilometrów w kosmosie, przesyłana jest sama świadomość człowieka do innego ciała, na innej planecie.

Bohaterem serialu jest Takeshi Kovacs – były żołnierz i rewolucjonista, należący do elitarnego grona wojowników walczących z obowiązującym porządkiem świata (czyli klasyczny, „star-warsowy” konflikt Rebeliantów z Imperium). Schwytany i skazany na więzienie, jego świadomość spędza 250 lat w nicości. Pewnego dnia zostaje niespodziewanie przywrócony do życia przez jednego z najbogatszych ludzi świata (składającego się ze zbioru galaktyk i milionów zamieszkałych przez ludzi planet) i wynajęty do wyjaśnienia zagadki morderstwa. Co ciekawe – zamordowanym jest sam zleceniodawca – a raczej jego kopia, która została odzyskana po śmierci.

Choć powyższa historia wydaje się na pierwszy rzut oka dość zawiła, tak „Altered Carbon” ogląda się bardzo przyjemnie, bez problemu wgłębiając się z każdym kolejnym odcinkiem w skomplikowany i wielopoziomowy świat przyszłości. Nieco gorzej jest z fabułą – o ile pierwszych pięć odcinków oglądałem z zapartym tchem, chłonąc rozwijającą się akcję, o tyle ostatnich pięć obejrzałem tylko po to, aby dokończyć serial, mając nadzieję, że zakończenie wynagrodzi mi rozczarowanie, które przeżyłem (nie wynagrodziło…).

Jakim cudem opis serialu pojawił się więc na łamach Centrum Druku 3D? HA! Ponieważ kilka kluczowych scen dla rozwoju fabuły odegrały biodrukarki 3D! Co drukowały? Oczywiście ludzi, oczywiście od razu w całości. Nie narzekam i nie marszczę czoła – w końcu akcja serialu rozgrywa się w odległej przyszłości, a ludzie są nieśmiertelni, zmieniając ciała jak rękawiczki, więc dlaczego i biodrukowanie 3D nie miałoby wyglądać akurat tak jak je przedstawiono? Niemniej jednak super, że ze wszystkich możliwych opcji scenarzyści postawili właśnie na technologie przyrostowe. Nawet jeśli zostały odwzorowane w równie realistyczny sposób, jak działanie mieczy świetlnych w Gwiezdnych Wojnach.

Biodrukarka 3D przyszłości

Chociaż w serialu nie pokazano jak przebiega kompletny proces biodrukowania, urządzenie zostało wyposażone w ciekawą funkcjonalność – da się je złożyć i jest przenośne. Umożliwia zatem biodrukowanie 3D ludzi (lub zwierząt) w teoretycznie dowolnym miejscu. Acha, proces wydrukowania nowego człowieka raczej nie trwa kilku dni – wnioskując po osi czasu przedstawionej w firmie, nie dłużej jak kilka – kilkanaście godzin.

Kolejna produkcja Netflixa i ponownie drukarki 3D są odpowiedzialne za wykonanie pewnej kluczowej dla rozwoju akcji rzeczy. „Cloverfield Paradox” to trzeci film z serii Cloverfield. Pierwszy z nich o nazwie „Cloverfield” (polska wersja „Projekt: Monster„) trafiła do kin w 2008 roku i opowiadała historię grupy młodych osób próbujących przeżyć w ogarniętym chaosem Nowym Jorku, który został napadnięty przez gigantyczne monstrum.

Osiem lat później pojawił się „Cloverfield Lane 10„, którego gwiazdą był posępny John Goodman. Film opowiadał o trójce osób (dwóch mężczyzn i kobieta), chroniących się w podziemnym bunkrze przed bliżej nieokreśloną katastrofą ekologiczną, która na koniec filmu okazała się być najazdem na Ziemię tych samych potworów co w pierwszej części (przepraszam za spoiler…).

Cloverfield Paradox” nie trafił do kin, lecz zadebiutował w miniony weekend bezpośrednio na Netflixie (i to w dniu największego sportowego święta USA – finałów ligi futbolu amerykańskiego, Super Bowl). Akcja rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, gdy świat jest targany poważnymi konfliktami wywołanymi kończącymi się zasobami energii. Rozwiązaniem problemu może okazać się maszyna – akcelerator Sheparda, która ma stworzyć cząsteczki, które zapewnią niewyczerpane źródło energii. Niestety jej wytworzenie jest na tyle niebezpieczne i niepewne w skutkach, że dla bezpieczeństwa świata akcelerator ma zostać uruchomiony na orbicie okołoziemskiej.

Na stację orbitalną trafia grupa siedmiu kosmonautów, którzy przez dwa lata bezskutecznie próbują uruchomić maszynę, spoglądając co jakiś czas na Ziemię, której grozi totalna wojna o energię. W końcu im się to udaje – chociaż akcelerator zatrzymuje się w połowie rozruchu. Ten niewątpliwy sukces zostaje jednak zmącony dramatycznym odkryciem – Ziemia zniknęła…

Tym razem nie musicie obawiać się spoilera – akcja, którą opisałem powyżej rozwija się przez pierwszych pięć minut filmu. Reszta widowiska to próba odkrycia przez bohaterów co się stało oraz jak przywrócić poprzedni stan rzeczy. Pojawiają się także nawiązania do dwóch poprzednich filmów z serii. Podobnie jak „Altered Carbon„, „Cloverfield Paradox” spotkał się z bardzo mieszanymi reakcjami. Mnie osobiście film się podobał, z tym że nie miałem wobec niego żadnych oczekiwań. To lekkie i niezobowiązujące kino Sci-Fi, nad którym nie trzeba się specjalnie pochylać. Nieco ponad półtorej godziny luźnej rozrywki (jak ktoś szuka ciężkiego, poważnego widowiska w tym gatunku, polecam genialny „Dark” lub fenomenalne „Black Mirror„).

Ok, a gdzie w tym wszystkim są drukarki 3D? Jedna drukuje bajgle (vide grafika przewodnia artykułu i pierwsze zdjęcie poniżej), a druga… nie uwierzycie, ale pistolet.

Tym samym Netflix w zgrabny sposób powielił w dwóch kolejnych produkcjach wszystkie stereotypy na temat drukarek 3D, jakie obowiązują dziś na świecie:

  • biodrukowanie ludzi
  • drukowanie 3D jedzenia
  • drukowanie 3D pistoletów.

Jedyne czego zabrakło to drukowania 3D domów, ale dajmy Netflixowi jeszcze kolejnych 5 dni, może wkrótce i to zobaczymy?

Acha, naprawdę nie marudzę. Generalnie super, że drukarki 3D zaczynają pojawiać się w mainstreamie i mają do odegrania ważną rolę. Prawda jest taka, że mnóstwo gadżetów jakie pojawiły się w obydwu produkcjach było drukowanych na drukarkach 3D. W końcu i sama technologia doczekała się w kluczowej roli w filmach.

Udostępnij.

O autorze

Paweł Ślusarczyk

Prezes zarządu CD3D Sp. z o.o. oraz Business Development Manager. Posiada 15-letnie doświadczenie w biznesie, zdobyte w branży IT, reklamowej i poligraficznej. Jeden z głównych animatorów polskiej branży druku 3D, związany z nią od stycznia 2013 roku.