Muszę oddać sprawiedliwość Ricowi Fulopowi… Choć przepalił gigantyczne pieniądze i zostawił branżę przemysłowego druku 3D w zgliszczach, był karłem w porównaniu z Markiem Zuckerbergiem i Samem Altmanem.
Ambicja Fulopa była ogromne jak na branżę addytywną, ale skala zniszczeń, jakie wywołał, pozostaje lokalna i sektorowa.
Owszem, Fulop zatrzasnął drzwi przed finansowaniem spółek AM na wiele lat, utrwalając w inwestorach giełdowych narrację o „drukowaniu strat zamiast części”, ale nie doprowadził jednak do sytuacji, w której potencjalny upadek jego firmy mógłby zachwiać fundamentami globalnej gospodarki.
A tego samego nie da się powiedzieć o Sam Altman, który najwyraźniej dąży do tego aby doprowadzić do jednego z największych kryzysów gospodarczych naszych czasów.
III Era Druku 3D z lat 2017–2025 to historia euforii, która szybko i dramatycznie zderzyła się z rzeczywistością. Desktop Metal miał być tym, czym Tesla była dla motoryzacji: symbolem masowej rewolucji technologicznej, która wreszcie wyniesie AM z hal R&D do seryjnej produkcji.
Tak na marginesie: Tesla też jest w ogromnych tarapatach i w dłuższej perspektywie nie wyjdzie z nich cało…
Agresywne przejęcia, obietnice „produkcja jako usługa” i narracja o zastąpieniu tradycyjnych technologii obróbki sprawiły, że miliardy dolarów popłynęły do firm, które realnie nie były gotowe dowieźć tych wizji.
Przychody były mizerne, koszty operacyjne gigantyczne, a popyt znacznie bardziej konserwatywny, niż zakładano w prezentacjach dla inwestorów.
Oczywiście Desktop Metal nie był jedyny. Velo3D, Carbon, Nexa3D, ForwardAM czy Shapeways –
wszystkie te przypadki łączy jedno: ogromne pieniądze zostały wydane, a zwrot z iwnestycji żaden…
Ale w skali globalnej były to nadal kwoty śmiesznie małe w porównaniu z tym, co wydarzyło się równolegle w Big Techu.
Tu również sprawdza się jedna z moich zasad AM:
Milioner w branży druku 3D może być miliarderem w każdej innej branży
co oznacza, że miliony wydane w druku 3D przekładają się na miliardy w innych gałęziach gospodarki.
Weźmy pierwszy przykład z brzegu – projekt Metaverse, forsowany przez Marka Zuckerberga, który z religijną pasją pochłaniał dziesiątki miliardów dolarów rocznie, generując straty, które dla branży AM byłyby niewyobrażalne.
Reality Labs w pojedynczym roku potrafił stracić więcej pieniędzy niż cały sektor przemysłowego druku 3D przez dekadę. A mimo to przez lata utrzymywano narrację, że to inwestycja w przyszłość, że masowa adopcja VR jest tuż za rogiem i że użytkownicy w końcu zamieszkają w wirtualnych światach.
Metaverse to przykład jak technologia została pomylona z wizją, a wizja z realną potrzebą społeczną.
VR okazał się drogim, niewygodnym hobby, a nie naturalnym medium codziennej komunikacji. Bariery wejścia, ergonomia, a przede wszystkim brak atrakcyjnych treści sprawiły, że użytkownicy zwyczajnie z tego nie korzystali.
Meta dziś tnie koszty, zamyka studia, zwalnia ludzi i po cichu wycofuje się z najbardziej ambitnych elementów Metaverse, próbując ratować twarz narracją o przesunięciu priorytetów w stronę AI.
To klasyczny przykład technologicznej klęski, ale mimo ogromnych strat jej konsekwencje są wciąż ograniczone do jednej korporacji i jej akcjonariuszy.
Prawdziwa katastrofa zaczyna się dopiero wtedy, gdy spojrzymy na OpenAI.
W przeciwieństwie do Mety, która przepaliła pieniądze na projekt poboczny wobec swojego core biznesu reklamowego, OpenAI stało się osią całej narracji gospodarczej ostatnich lat.
To wokół niego zbudowano bańkę AI, to ono uzasadnia gigantyczne inwestycje w centra danych, półprzewodniki i infrastrukturę energetyczną, a jego sukces ma rzekomo decydować o konkurencyjności całych gospodarek.
Problem w tym, że fundamenty tego projektu okazują się dramatycznie kruche.
Pisałem o tym kilka tygdni temu w artykule z cyklu RecodeAM – ten model biznesowy się po prostu nie spina. Zaledwie ułamek użytkowników płaci za ChatGPT, i nawet drogie plany generują straty.
Niedawno Altman zapowiedział wprowadzenie reklam, które sam w maju 2024 roku określał jako „ostatni bastion” dla Open AI. Jest to de facto przyznanie się do porażki pierwotnej narracji i ratowanie się przed nadchodzącym upadkiem.
AI miało być tak produktywne, że ludzie nie będą mieli wyboru i zapłacą. Skoro trzeba sięgać po reklamy, oznacza to, że ta obietnica była pustym sloganem.
Co gorsza, nawet reklamy nie rozwiązują problemu. Koszty inferencji sprawiają, że przy obecnej architekturze każde zapytanie generuje gigantyczne straty, a hipotetyczne zastąpienie Google w wyszukiwaniu oznaczałoby… jeszcze większe straty.
Równocześnie upada mit o tym, jak firmy będą masowo przechodzić na AI, zwalniając ludzi, tnąć koszty i zwiększając produktywność. Tymczaem jest tak jak pisałem w artykule z początku stycznia:
Co więcej, popyt na sztuczną inteligencję w sektorze korporacyjnym nie tylko nie rośnie, ale wręcz maleje.
Firmy rezygnują z wdrożeń pilotażowych, a badania przeprowadzone przez instytucje takie jak MIT, BCG i Forrester konsekwentnie pokazują, że zdecydowana większość projektów z zakresu sztucznej inteligencji nie przynosi żadnej mierzalnej wartości biznesowej.
Tak w ogóle ta narracja że AI zabierze nam pracę to wielka manipulacja…
Raport Oxford Economics dowodzi, że firmy nie zastępują pracowników AI na znaczną skalę, a narrację tę wykorzystują do maskowania własnych problemów finansowych i zwyczajenj restrukturyzacji kosztów pracowniczych.
Prawdą jest że bezrobocie wśród młodych ludzi rośnie, ale przyczyną nie jest AI. Przyczyną jest wzrost podaży absolwentów (w USA z 32% do 35%, w Europie z 39% do 45%) oraz szersze spowolnienie gospodarcze. W krajach takich jak Korea Południowa czy Japonia, które wdrażają AI, ale nie doświadczają recesji, bezrobocie wśród absolwentów nie rośnie.
To błąd atrybucji: korelacja w czasie nie dowodzi związku przyczynowego.
Reasumując, dziś Opena AI to nie jest startup, który może po cichu zniknąć. To potencjalny Hindenburg współczesnej gospodarki cyfrowej, którego eksplozja może zniszczyć całe zaufanie do sektora BigTech.
W tym kontekście niedawna bańka przemysłowego druk 3D wygląda wręcz niewinnie. Tak, firmy przepaliły ogromne pieniądze. Tak, obiecywały więcej, niż był w stanie dowieźć w tak krótkim czasie. Tak, rozczarowały inwestorów giełdowych i cofnęły branżę o kilka lat pod względem dostępu do kapitału.
Ale był to błąd skali mikro, nie makro. Upadek Desktop Metal nie wywołał globalnej paniki, nie zagroził stabilności systemu finansowego i nie stał się jedynym filarem wzrostu gospodarczego Zachodu.
Paradoksalnie właśnie dlatego AM znajduje się dziś w relatywnie dobrej sytuacji. Został brutalnie sprowadzony na ziemię.
Zamiast wielkich narracji o rewolucji mamy dziś mniejsze, bardziej realistyczne projekty, konkretne zastosowania przemysłowe i klientów, którzy wiedzą, czego chcą.
Druk 3D wraca do swojej naturalnej roli: narzędzia produkcyjnego tam, gdzie naprawdę ma sens, a nie uniwersalnego rozwiązania wszystkich problemów świata.
Jeśli dojdzie do najgorszego scenariusza i bańka AI pęknie, to właśnie takie „nudne”, inżynierskie technologie okażą się bardziej stabilne i przewidywalne.
AM nie obiecuje zbawienia gospodarki ani zastąpienia ludzi. Oferuje wolniejszy, ale realny postęp.
I może się okazać, że to wystarczy by przetrwać, podczas gdy giganci, którzy uwierzyli we własne mity, zapłacą rachunek, którego nie da się już przerzucić na nikogo innego.




