Co można zrobić z 50 sztukami przestarzałych drukarek 3D?

Nie wiem, czy kiedykolwiek o tym wspominałem, ale drukarki 3D Bambu Lab – firmy, z którą współpracuję już od ponad pół roku – wcześniej przyczyniły się do upadku jednego z moich biznesów…

Oczywiście nie bezpośrednio – powodów było znacznie więcej. Ale tak: masowa ekspansja modelu X1 Carbon, a następnie P1P i A1 sprawiła, że moja dumna flota ponad 50 maszyn Creality Ender 3 MAX i V2 stała się praktycznie bezużyteczna…

Zamiast zamawiać wydruki, firmy zaczęły stopniowo kupować własne drukarki 3D i produkować części we własnym zakresie. Ekonomia tych decyzji była dla nas bezlitosna… W końcu zlecanie nam druku 3D przestało mieć sens – po prostu nie było opłacalne. Ani dla nich, ani dla nas…

Zanim jednak pójdziemy dalej, kilka ważnych słów wyjaśnienia.

  • Pierwotny model biznesowy stojący za decyzją o zakupie wszystkich tych drukarek 3D nie zakładał klasycznych usług druku 3D. Endery 3 MAX i Endery 3 V2 drukowały innowacyjne standy reklamowe wykonane z naszego autorskiego biodegradowalnego materiału na bazie otrębów pszennych; opisałem to tutaj:
  • Niestety ten model biznesowy się załamał, ponieważ ograniczenia druku 3D w tamtym czasie (były to lata 2021–2023) nie pozwalały na szybką, efektywną i wielkoformatową produkcję tego typu zastosowań reklamowych. Byliśmy w stanie produkować 100–120 takich standów miesięcznie; klienci oczekiwali 1000–1200… W zasadzie nawet dziś jest to ledwie realne…
  • Następnie przeszliśmy na produkcję własnych, autorskich produktów opartych na biodegradowalnych eko-materiałach, ale to również okazało się porażką; klienci mieli oczekiwania, których nie dało się spełnić. Opisałem to tutaj:

I tak – w końcu wróciliśmy do czegoś, czego od początku nie chcieliśmy robić – produkcji zwykłych części z zwykłych materiałów: PLA, ASA czy PETG – dla klientów przemysłowych.

Ale i to szybko przestało mieć sens – zarówno dla klientów, jak i dla nas – kiedy okazało się, że Bambu Lab X1 Carbon i P1P (oraz A1 i A1 Mini wprowadzone na początku 2024 roku) całkowicie deklasują nasze Endery, czyniąc je przestarzałymi. Jakby pochodziły z zupełnie innej epoki…

Doszło do tego, że po zakupie zaledwie trzech P1P realizowaliśmy na nich większość zleceń.

Zmaganie się z zawodnymi i boleśnie wolnymi Enderami 3 przestało mieć jakikolwiek sens. Nawet drukarki Prusa i3 oraz Prusa Mini, z których korzystaliśmy, zaczęły pokrywać się kurzem…

A mieliśmy też ponad tuzin maszyn Zortrax (M200, M300 DUAL, Inventure), kilka urządzeń Wanhao, XYZPrinting i inne, bardziej niszowe marki. Wszystko to nagle się zestarzało. Stało się wręcz prymitywne.

I tak – miesiąc po miesiącu, kwartał po kwartale – klienci naturalnie zaczęli znikać… Nikt nie mówił tego wprost, nikt się tym przed nami nie chwalił, ale wiedzieliśmy, że większość z nich po prostu zaczęła wdrażać u siebie łatwe w obsłudze i bardzo niezawodne drukarki.

Ekonomia, stary, ekonomia… 5 P1P > 25 Enderów 3 MAX…

Ta historia wcale nie jest nowa

To, co opisuję, wydarzyło się już wiele razy w przeszłości…

Na początku XX wieku świat wszedł w jedną z najbardziej gwałtownych transformacji technologicznych w historii nowoczesnej cywilizacji.

Ludzie przeszli z koni na samochody.

Rewolucja motoryzacyjna, zapoczątkowana masową produkcją samochodów osobowych przez Henry’ego Forda, nie była jedynie zmianą środka transportu – była transformacją całego systemu gospodarczego. Systemu, który przez stulecia opierał się na koniach jako fundamentalnym elemencie komunikacji i logistyki.

Przed upowszechnieniem samochodów niemal całe miasta funkcjonowały wokół transportu konnego.

Stajnie były integralną częścią infrastruktury miejskiej, kowale należeli do kluczowych zawodów, a producenci powozów, siodeł, lejców i uprzęży tworzyli potężny sektor przemysłowy. Ogromny rynek paszy dla koni, budowy stodół, magazynów oraz zaplecza logistycznego napędzał rolnictwo i przemysł ciężki.

Tak – choć dziś może to brzmieć surrealistycznie – jeszcze 100 lat temu koń był nie tylko środkiem transportu, ale także fundamentem globalnej gospodarki.

Wraz z pojawieniem się tanich, niezawodnych i masowo dostępnych samochodów ten świat zaczął znikać w tempie, jakiego nikt wcześniej nie doświadczył.

W ciągu zaledwie kilkunastu lat (a w niektórych miastach nawet szybciej) transport konny został niemal całkowicie wyparty. Firmy, które jeszcze niedawno były niezbędne do funkcjonowania społeczeństwa, stały się zbędne.

Cały rynek oparty na koniach skurczył się do niszy rekreacyjnej, sportowej i hobbystycznej. Koń przestał być narzędziem gospodarki, a stał się symbolem tradycji, luksusu lub pasji.

Była to jedna z pierwszych historii z całej serii podobnych zjawisk, które pojawiały się wraz z kolejnymi falami innowacji. Pod koniec XX wieku podobny los spotkał faksy, które przez lata były podstawowym narzędziem komunikacji biznesowej, aż zostały niemal całkowicie wyparte przez internet i pocztę elektroniczną.

W tym samym czasie pagery – niegdyś niezbędne w pracy lekarzy i służb technicznych – zniknęły wraz z popularyzacją telefonów komórkowych.

Analogiczne procesy można zaobserwować również w innych obszarach:

  • Aparaty fotograficzne na kliszę oraz cały przemysł związany z produkcją filmów i wywoływaniem zdjęć zostały zredukowane do niszy po upowszechnieniu fotografii cyfrowej.
  • Nośniki muzyczne, takie jak taśmy szpulowe, kasety magnetofonowe i płyty CD, zostały zepchnięte na margines przez streaming i dystrybucję cyfrową.
  • Wypożyczalnie kaset wideo i płyt DVD, które jeszcze w latach 90. były powszechnym elementem krajobrazu miejskiego – a praca w jednej z nich była jedną z najfajniejszych prac, jakie mógł mieć młody człowiek – praktycznie zniknęły.

Każdy z tych przypadków pokazuje ten sam mechanizm: technologia nie niszczy starego rynku stopniowo i łagodnie; bardzo często robi to szybko, bezwzględnie i na ogromną skalę.

Produkty i modele biznesowe, które wydają się trwałe i niezastąpione, mogą w bardzo krótkim czasie stracić rację bytu.

W świecie technologii nie istnieje coś takiego jak „bezpieczny” produkt ani pewny biznes.

Stary druk 3D

Dziś drukarki 3D oparte na architekturze CoreXY są dominującym standardem. Prędkość druku 3D na poziomie 35 mm/s – absolutny standard jeszcze do 2023 roku – nie jest dziś używana nawet do drukowania pierwszej warstwy…

Co więcej, wraz z popularyzacją formatu 3MF, który zawiera pełen zestaw informacji wymaganych do druku 3D (orientację modelu na stole, podpory, rozkład na stołach roboczych, gdy jest to potrzebne, kolory, filamenty), większość przewag, jakie kiedyś oferował „operator drukarki 3D”, straciła na znaczeniu.

Wreszcie, po wszystkich tych latach, format STL stał się równie przestarzały, jak niegdyś PostScript w druku tekstowym.

A ja zostałem z dość osobliwym problemem…

Od ponad dwóch lat robię w życiu coś zupełnie innego, a kilkadziesiąt – wciąż w pełni sprawnych – drukarek 3D stoi w moim domowym magazynie. Tak, przespałem moment, w którym ich sprzedaż miała jeszcze sens ekonomiczny.

Ale dziś? Hobbyści budujący własne drukarki 3D to gatunek zagrożony wyginięciem.

Konwersja ich na FGF ma ograniczony sens, bo to nadal bardzo niszowa specjalizacja. Poza tym druk 3D z granulatu ma sens głównie przy dużych formatach – a nie przy osiach rzędu 20–30 cm…

Więc co powinienem dziś z nimi zrobić…?
Macie jakieś pomysły?

I jak radzą sobie wasze drukarki 3D kupione 3–4 lata temu?

Przewijanie do góry